W przepraszalni życia
Zastanawiam się czasem, jak wyglądałoby nasze dorosłe życie, gdybyśmy jako dziewczynki nie słyszały tylu wersji tego samego komunikatu: bądź miła, bądź cicho, bądź grzeczna, nie ubrudź się, siedź prosto. Było to tak powszechne i znormalizowane, że łatwo było uwierzyć, że to ważne zasady bezpieczeństwa i przepustka do bycia lubianą. A potem budzisz się jako dorosła kobieta i zauważasz, że wiele z Twoich odruchów działa już przeciwko Tobie, chociaż kiedyś miały Ci pomagać. Okej, może patriarchat nagradza nas częściowo za granie według jego zasad, tzw. strażniczki patriarchatu (aka pick me girls), ale na dłuższą metę jest to totalnie przemocowe i podcinające skrzydła.
Piszę o tym, bo mimo prawie ukończonej już terapii i tysiąca przeczytanych feministycznych książek, nadal widzę przejawy tej socjalizacji u siebie. Widzę je też w historii niemal każdej z Was – w rozmowach przed sesją, w mailach, w wiadomościach na Instagramie.
I mam ochotę zebrać te wszystkie odruchy w garść i powiedzieć: to nie nasze cechy charakteru tylko mechanizmy ukształtowane przez system, któremu nasze posłuszeństwo i usługiwanie innym jest na rękę. Więcej – od naszej emocjonalnej, fizycznej i mentalnej pracy zależy jego przetrwanie. Jak je zidentyfikować i zastąpić zdrowszymi zachowaniami?
Przepraszam, że tyle przepraszam!
To ciekawe, jak wcześnie zaczynamy przepraszać za swoje istnienie. Za pytanie, potrzebę, zajmowanie przestrzeni. Za to, że chciałyśmy czegoś więcej niż zostało zaoferowane, że nie przewidziałyśmy czyichś emocji, że komuś nie jest wystarczająco wygodnie. Przepraszanie staje się mięśniem, permanentnie napiętym, który trzyma nas w ryzach. Tyle że jego nadmierne używanie zabiera nam powietrze. W pewnym momencie zamiast komunikatu: „szanuję Twoją granicę”, wysyłamy: „moja własna granica nie ma znaczenia”. Przekraczamy siebie a gdzieś w kąciku świadomości zaczyna narastać w nas rozgoryczenie.
Dużo kobiet mówi mi po sesji, że samo pozowanie zachęciło je do rezerwowania sobie prawa do bycia w centrum uwagi, zajmowania przestrzeni, bez tłumaczenia się. Ciało może wreszcie stać się naszym domem, powiernikiem naszej historii i towarzyszką doświadczeń. Jeśli początkowo nie dla siebie zrób to dla innych kobiet uwięzionych w przepraszalni życia – bezwstydnie i odważnie zajmując przestrzeń zainspirujesz je do tego samego.
Empatia jako samookaleczanie
Empatia jest piękna, potrzebujemy jej w tym głęboko skłóconym świecie jak najwięcej. Tylko że my często zamieniamy ją w sposób regulowania cudzych emocji kosztem własnych. To opiekuńczość, która potrafi przerodzić się w krzywdzącą strategię przetrwania.
Patriarchat długo powtarzał, że dobra dziewczynka czuje za wszystkich. Wyczuwa napięcia, łagodzi konflikty, przewiduje potrzeby, tłumaczy zachowania innych i wiecznie usprawiedliwia. Taki podwyższony stan skanowania otoczenia miał nas chronić – szybsze wykrycie czyjeś złości miało zapobiec większym katastrofom. Ja np. robię to już od dzieciństwa – oceniam nastroje i reguluję emocje w każdej grupie, w którą wchodzę. Tyle że ostatecznie zostaję bez energii do ogarniania swojego życia. Po spotkaniach z osobami, które są w wiecznym kryzysie muszę odespać kilka godzin, bo tyle daję z siebie energii.
Uczę się, że empatia bez granic zamienia się w swoistą formę przemocy wobec samej siebie. Łatwiej jest ratować wciąż ranne ptaszki i angażować się w ich życie – odwraca to uwagę od swoich problemów, którymi nie mam przestrzeni się zajmować. Także tak – ślubujmy razem, że empatia stanie się racjonalnym narzędziem do współodczuwania z innymi, a ratowanie innych nie będzie ważniejsze niż dbanie o siebie.
„Żeby komuś nie było przykro”
Wiele razy słyszałam to zdanie: „no, udało mi się”, wypowiedziane przez kobietę, która osiągnęła coś dzięki ciężkiej pracy, talentowi, konsekwencji. Takie „jakoś wyszło” jest jak lakier matujący, który ma zamaskować Twój blask, żeby nie rozpraszał za bardzo otoczenia, nie raził w oczy.
Nauczono nas mówić ciszej o tym, co osiągnęłyśmy. W dorosłości ta przymusowa skromność staje się nawykiem, same do końca nie wiemy, kiedy jesteśmy z siebie dumne. A przecież duma jest paliwem, które buduje poczucie wartości, sprawczość i zaufanie do siebie.
Zdarza się, że na evencie networkingowym słucham jednej z uczestniczek śmiało i pewnie wymieniającej swoje osiągnięcia, mam w głowie wgrane automatycznie myśli typu „kim ona myśli, że jest”, „po co się tak chwali” etc. Jest to pewien drogowskaz – jeśli czuję się zazdrosna o jej sukcesy, może właśnie tym chciałabym się zająć, ale boję się przyznać? Może sama chciałabym z dumą opowiadam o sobie, ale boję się oceny? Dobrze jest łapać te myśli i się im przyglądać.
Regulowanie cudzych emocji jakby to była praca na pełen etat
To zadziwiające, jak naturalnie stajemy się emocjonalnymi menedżerkami wszystkiego, co dzieje się wokół. Wyłapujemy każdy grymas, każdą modyfikację tonu głosu, każdą mikro-zmianę w energii. A potem korygujemy własne zachowanie, żeby utrzymać równowagę, która często wcale nie zależy od nas. Nie mamy kontroli nad emocjami i zachowaniem innych ludzi.
Ta umiejętność jest efektem lat ćwiczeń. W wielu domach była fundamentalną zasadą naszego bezpieczeństwa. W dorosłości zaczyna mocno nam ciążyć, bo ciągle „skanujemy” otoczenie i zamiast dobrze się bawić czy skupić na pracy marnujemy zasoby na zarządzanie atmosferą.
Następnym razem, kiedy będziesz w grupie znajomych, współpracowników lub wśród rodziny (to jest już level HARD) spróbuj odciąć się od ciągłego szumu emocji innych. Ktoś się sprzecza? Ktoś inny się obraził? Powtarzaj za mną: „Dorośli są odpowiedzialni za regulację swoich emocji.”
Wszystko tylko nie konfrontacja
Wiele z nas potrafi zacisnąć zęby i powiedzieć sobie: „później o tym pomyślę”, tylko po to, żeby uniknąć konfliktu, który i tak narasta pod skórą. Zamiast powiedzieć koleżance, że mnie czymś uraziła często potrafię powoli się odsuwać i unikać kontaktu. Jest to dość tchórzliwe i pracuję nad tym, by jednak szczerze rozmawiać o nieprzyjemnych rzeczach. Nikt od tego nie umrze, i tak jak wcześniej pisałam – ludzie (w większości) poradzą sobie ze swoimi emocjami.
Bycie „łatwą we współpracy” jest walutą, za którą kupujemy względne poczucie bezpieczeństwa. Dopiero później dociera do nas, że kosztem ciągłe przekraczanie siebie i powoli narastająca złość albo smutek. Moim zdaniem choroby autoimmunologiczne, które częściej doskwierają kobietom biorą się częściowo z duszenia swoich emocji i braku reakcji, kiedy ktoś przekracza nasze granice. Uczę się, że nie wszyscy muszą mnie lubić. Wolę już być uważana za trudną we współpracy, wymagającą, divę etc. etc. Przynajmniej zachowam szacunek do samej siebie.
Stawianie granic bywa przerażające – to prawda. Ale życie bez niego zamienia się w ciągłe dostosowywanie się do czyichś nastrojów, co pochłania ogromne ilości energii. A tyle jest ciekawszych rzeczy, na które mogłybyśmy ją poświęcić.
Oduczanie się tych odruchów zajmie większości z nas całe życie. Ale warto próbować, sama widzę, że początkowo zauważanie tych zachowań już sporo mi dało. Potem analiza, czy jest to część mnie, czy raczej patriarchalna tresura. Obecnie powoli próbuję nieśmiało oswoić konfrontację, zająć się głównie sobą i swoimi emocjami, nie zatracać się w pomaganiu i pocieszaniu. Spróbuj raz, zobacz jak się poczujesz – kolejnym razem będzie już łatwiej.
W nowym roku spróbujmy zostawiać coraz większy odstęp między tym, co automatyczne, a tym, co świadome i nasze. Spróbujmy praktykować mówienie: „potrzebuję chwili”, „to dla mnie za dużo”, „zastanowię się i wrócę do ciebie”, „proszę mówić do mnie z szacunkiem”, „jestem z tego dumna”.
Zamiast zbudowanie nowej wersji siebie bardziej chodzi o powrót do tej, która była tam od początku, tylko nikt jej nie powiedział, że jej wolno. Dajmy jej przestrzeń.

