
Obżarstwo. Czego w sobie nie karmisz?
TW: relacja z jedzeniem, odchudzanie, zaburzenia odżywiania
W tym newsletterze poruszam delikatne tematy relacji z jedzeniem, odchudzania, zaburzeń odżywiania – jak większość kobiet które znam sama mam z tym trudne doświadczenia. Nie jestem ekspertką w tym temacie, piszę tu tylko o swoich osobistych przemyśleniach. Jeśli sama zmagasz się z podobnymi zagadnieniami polecam kontakt z terapeutką lub dietetyczką/psychodietetyczką promującą jedzenie intuicyjne i nastawienie antidiet.
Obżarstwo jako narzędzie kontroli nad kobietami
Nie chodzi o jedzenie. Chodzi o kontrolę.
Obżarstwo jako grzech to nie tylko religijna zasada – to głęboko zakorzeniony kulturowy mechanizm, który przez wieki służył dyscyplinowaniu kobiecego ciała i kobiecych pragnień.
W On Our Best Behavior Elise Loehnen opisuje, jak siedem grzechów głównych – w tym obżarstwo – zostało użyte jako narzędzie podporządkowania kobiet.
Obżarstwo (gluttony) pierwotnie nie odnosiło się tylko do ilości jedzenia, ale do ogólnego braku samokontroli. W średniowieczu mężczyznom wybaczano „grzech łakomstwa” w imię siły, władzy, hedonizmu. Kobiety, które jadły za dużo, były nie tylko „grzeszne”, ale równocześnie niemoralne, nieczyste, nierządne.
Ich apetyt na jedzenie był utożsamiany z innymi rzekomo niebezpiecznymi apetytami: na seks, wolność, niezależność. Na zakłócenie patriarchalnego statusu quo.
Zaczęłyśmy się więc kurczyć – nie tylko fizycznie. Zajmować mniej przestrzeni. Odcinać się od głodu – każdego.

Wewnętrzna strażniczka
Z czasem nie trzeba już było zewnętrznej opresji. Zainstalowano nam ją w środku. W naszych głowach, w naszych kalendarzach, w portfelach, na wagach łazienkowych. Nasze wewnętrzne strażniczki dbają o to, byśmy nie były „za duże”. Waga, liczba kalorii, zasady żywieniowe, aplikacje fitness, oczyszczające posty i detoksy, samodyscyplina — wszystko po to, by „mieć kontrolę nad sobą”.
Tylko że ta kontrola często staje się naszym drugim etatem. Ile godzin, pieniędzy i myśli codziennie poświęcamy na to, by zasłużyć na bycie „ładną”, czyli smukłą, delikatną, kobiecą. Jak pisze Naomi Wolf w The Beauty Myth, kult szczupłości to nie kwestia zdrowia – to kwestia posłuszeństwa. Kobiety, które są głodne, nie mają siły, by się buntować.
Wstyd, apetyt i ciało – jak wygląda codzienność kobiet?
Znasz ten moment, gdy automatycznie mówisz „nie jestem głodna” – mimo że jesteś?
Znasz ten dreszcz wstydu, gdy zamawiasz coś większego niż koleżanka? Albo gdy jako jedyna masz jeszcze ochotę na deser?
Znasz to moralizowanie: „byłam grzeczna, bo dziś nie zjadłam kolacji”?
Zamieniamy apetyt w grzech.
Zamieniamy odżywianie w system nagród i kar.
Zamieniamy ciało w pole walki.
Tymczasem jedzenie to jedna z najbardziej pierwotnych form czułości wobec siebie.
A głód – także głód życia, bliskości, na przyjemności – to naturalna (i nieodłączna) część bycia człowiekiem. Nie chodzi więc tylko o jedzenie. Chodzi o relację z samym głodem – nie tylko fizycznym, ale też emocjonalnym, psychicznym, zmysłowym.
Czego sobie odmawiasz w imię samodyscypliny?
Czego w sobie nie karmisz?
Czego sobie odmawiasz, w imię „samodyscypliny”?
Boimy się zaspokajać swoje autentyczne potrzeby.
Bo od dziecka uczono nas, że głód to coś nieistotnego. Że nieładnie jeść zbyt łapczywie. Albo odwrotnie – że trzeba zawsze zjeść wszystko na talerzu, niezależnie od tego jak bardzo jesteśmy głodne.
Z jednej strony mamy jeść jak najskromniej, najczyściej (słyszałaś frazę „clean eating”?), najbardziej odżywczo, wyłącznie o określonych porach.
Z drugiej — mamy same być apetyczne. Atrakcyjne. Kuszące. Ledwo wkraczamy w świat dorastania, a już wiemy, czy mamy kształt jabłka, gruszki, klepsydry… czasem się zastanawiam do czego jeszcze może zostać całkiem nieironicznie porównane kobiece ciało.
Tracimy kontakt z własnym głodem, z własnym ciałem, z tym, co tak naprawdę nam smakuje. Nie jesteśmy już nawet głodne jedzenia – jesteśmy głodne wolności od tej podwójnej presji.

Jak wyjść z kultury kontroli?
Jak się uwolnić?
Ucz się jeść bez nadawania jedzeniu moralnej wartości.
Nie jesteś lepsza od innych, bo „zjadłaś mniej”.
Nie jesteś gorsza i nie poniosłaś klęski, bo się najadłaś do syta.
Nie każdy posiłek musi mieć niesamowitą wartość odżywczą, być zjedzony o konkretnej porze, być mniejszy, niż to, na co naprawdę masz ochotę.
Chciałabym przytulić tę 14-letnią Emilkę czytającą co dzień w latach 90. że sernik to już posiłek sam w sobie, a nie deser – przecież ma tyle kalorii! Że zawsze trzeba odchodzić od stołu z niedosytem, przecież mózg dopiero poczuje się najedzony za 20 minut. Że jeśli jest się głodnym, to najlepiej wypić dwie szklanki wody, by „oszukać apetyt”. Te wszystkie przepiękne aktorki, których ciała były bezdusznie krytykowane i rozbierane na części pierwsze na okładkach tabloidów, w komediach romantycznych. I szczerze, to patrząc na butne komentarze na mediach społecznościowych, to niewiele się zmieniło. Odchodzi się już nawet od obecnej w świecie mody i kultury różnorodności ciał i ciałopozytywności.
Zabiera się nam reprezentacje grubych, trans, niepełnosprawnych, queerowych osób jakby były przemijającym trendem.
Apetyt na więcej
Co naprawdę Cię karmi?
Zastanawiasz się, dlaczego zaglądam ludziom do talerzy i piszę z taką pasją o tzw. grzechu obżarstwa? Zauważ, jak często kontrola jedzenia odwraca Twoją uwagę od innych obszarów życia.
Od kreatywności. Od odpoczynku. Od relacji z innymi. Od kariery. Od zmiany świata. Od eksplorowania siebie, swoich marzeń czy swojej seksualności. Zapytaj siebie: czego naprawdę jestem głodna? Może chodzi o bycie wysłuchaną. Przytuloną. Zauważoną. Może chodzi o nudę, może o przebodźcowanie. A może tak najzwyczajniej o węglowodany!
Sama fraza „zajadanie emocji” to kolejny mini bacik, którym nas się smaga w codziennej komunikacji. Jedzenie pełni multum innych funkcji innych niż ta odżywcza – co z tym takiego złego, że zjemy smażony obiad wymęczone PMSem? Albo ciasto w kawiarni celebrując spotkanie z przyjaciółką? Bądź świadoma języka – mów o swoim ciele, jedzeniu i apetycie z czułością, nie z pogardą.
Skontaktuj się z dobrą dietetyczką, niewiele jest takich nieskupionych prawie wyłącznie na odchudzaniu. Szukaj takiej, która pomoże Ci z empatią i ciekawością odbudować zaburzoną relację z jedzeniem. Pomocna może też być terapia.

Prawo do zajmowania przestrzeni a fotografia kobieca – jak to się łączy?
Co ma do tego fotografia? Wbrew pozorom bardzo wiele. Wygląd i rozmiar ciała, poziom zadowolenia z niego i z tego jak się zmienia to główna powody, dla których wahacie się, by przyjść na sesję. Pokazuję w swoim portfolio różnorodne ciała, ale mimo wszystko trudniej wam zobaczyć piękno w swoim.
Od dziecka narracja kazała nam widzieć ciało jako wroga – jako potwora wręcz, który po wypuszczeniu z klatki żywić się będzie wyłącznie czekoladą i czipsami.
Na sesji ciała, które długo były „pod kontrolą”, próbują na nowo zaufać sobie. Gesty i pozy są najpierw niepewne, spojrzenia – ostrożne. Ale coś się przełamuje. Zaczynacie dotykać i głaskać części, które w sobie lubicie, czasem w końcu te, z którymi macie skomplikowaną relację.
Kiedy fotografuję kobiety, widzę jak stopniowo wracają do poczucia, że mają prawo istnieć i zajmować przestrzeń, tak po prostu, z całym swoim ciałem, dokładnie takim, jakie jest teraz.
Nie tylko w rozmiarze XS. Nie tylko po diecie. Po schudnięciu 10 kilo, po rozjaśnieniu rozstępów, po ujędrnieniu ud, po ogoleniu, wygładzeniu, wypieleniu.
Wraca im apetyt.
Na doświadczanie życia. Na przyjemność. Na zachwyt.
I wtedy dzieje się coś naprawdę pięknego — ciało przestaje być wiecznym „projektem do poprawy”, a zaczyna być domem, w którym w końcu można się rozgościć.